• Mariola Johnson

Felieton Bociana - Hawajskie Marzenie.




Kameleon maszeruje przed siebie po soczysto zielonej trawie, a ja próbuję odgadnąć cel jego wędrówki. Mój strój - długa, hawajska, kwiecista muumuu (sukienka), zdecydowanie nie przypadł do gustu zielonej (chwilowo) istocie. Stworzenie przyspieszyło kroku i po chwili ukryło się w potężnych, brązowo-zielonych liściach afrykańskiej lilii. Czy dotarł do zamierzonego celu pozostanie jego tajemnicą.


Osiem lat stuknęło odkąd wylądowałam w Honolulu.

Moje pierwsze wrażenia po wylądowaniu, to przede wszystkim uśmiechnięci ludzie, słońce i zapach kwiatów unoszący się w powietrzu. Wszechobecny, jak w zaczarowanym ogrodzie.


Marzenie o Hawajach tkwiło we mnie od wielu lat, a konkretnie od pewnego wrześniowego popołudnia 2001 roku. Pracowałam wówczas w polskiej agencji turystycznej “Polamer”, mieszczącej się w dzielnicy Maspeth, w Nowym Jorku. Dwoje młodych ludzi ustalało za naszym pośrednictwem detale uroczystości ślubnych, które zaplanowane były właśnie na Hawajach.

Moja wyobraźnia, dokarmiana szczegółami tegoż wydarzenia, zaczęła żyć własnym życiem, a myśli krążyć wokół hawajskich plaż… Juz wtedy podświadomie wiedziałam, że tu dotrę.

Czy narzeczeni zrealizowali swoje marzenie, tego nie wiem, bowiem kilka dni później samoloty uderzyły w World Trade Center i świat stanął na głowie.


Moja droga na Hawaje zaczęła się natomiast właśnie wtedy. Bezwiednie podążałam w tym kierunku. Po drodze była Kalifornia i urocze Palm Springs, prowicjonalna Colonia w New Jersey oraz hipisowskie San Francisco.

11 lat później - bez pieniędy, bez planu, z niewielką walizką i wianuszkiem lei na szyi (wykupiłam tę opcję przy rezerwacji biletu) stanęłam na hawajskiej ziemi.

Pozwoliłam życiu toczyć się własnym torem, nie usiłując nawet kontrolować następujących po sobie wydarzeń. Było różnie, ale nieoczekiwanie dla mnie samej - nomada z natury, przestałam myśleć o dalszych podróżach. Zapuściłam korzenie.


Życie na Hawajach wygląda bajkowo: złote plaże i wylegujące się na nich tutejsze foki i żółwie morskie, zawsze ciepły ocean, kolorowe, pachnące kwiaty. W rzeczywistości jest to miejsce, jak inne, tyle tylko, że klimat zdrowszy i słońca więcej. Trudno tu o pracę, a koszty utrzymania są bardzo wysokie. Trzeba też ponieść wiele wyrzeczeń, na przykład nauczyć się żyć z daleka od rodziny tak, jak to było w moim przypadku. Trzeba też zaakceptować i szanować Naturę, która kieruje się własnymi prawami. Na Hawajach mamy wiele naturalnych zagrożeń: niebezpieczne huragany i nieprzewidywalne tsunami, które niejednokrotnie dały się we znaki tubylcom. Dodatkowo, mieszkańcy wyspy Big Island są nieustannie uzależnieni od “kaprysów” bogini Pele, wysyłającej niszczycielską lawę z gorących czeluści tutejszych, aktywnych wulkanów. Lawa zalewa, pali i niszczy domostwa, sady, ogrody, plaże pochłaniając często dorobek całego życia. Z tym musimy się pogodzić.


Wiele osób marzy o życiu na Hawajach, a w mojej skrzynce mejlowej nieustannie znajduję pocztę dotyczącą tych marzeń. Być może moja odpowiedź nie jest taka, jak byście sobie życzyli, ale jest jednoznaczna i szczera: proszę, nie pytajcie mnie, jak dotrzeć na Hawaje, bo sposób realizacji mojego marzenia nie może służyć jako instrukcja czy też szablon.

Każdy musi znaleźć własną drogę, powiązaną z indywidualnymi, życiowymi wyborami i intuicją.


Z drugiej strony, być może, Wasze wymarzone Hawaje to niekoniecznie tutejsze wyspy. Może uda Wam się je znaleźć całkiem niedaleko, na przykład w cudownych, polskich kolorach jesieni, w szumie strumyków i złocącego się zboża na polach, za którymi ja, Bocian na Hawajach, nieskończenie tęsknię.











  • Facebook Social Icon

© 2023 by Going Places. Proudly created with Wix.com

  • White Facebook Icon